szuflada z ubraniami Matiego - tak jedna szuflada
To miał być bardzo długi i wyczerpujący tekst o tym, czy warto zostawiać rzeczy po pierwszym dziecku dla kolejnych potomków.  Ale po namyśle stwierdziłam, że można go skrócić do kilku punktów i dwóch pytań:

1. Jak szybko planujesz kolejne dziecko? Jeśli w odstępie krótszym niż 3 lata to warto zostawić niektóre rzeczy.



2. Czy masz miejsce na przechowywanie tego całego bajzlu? Bo nie ukrywajmy jest tego dużo!
Pytania za nami, przejdźmy więc do punktów zasadniczych.

Duże gabaryty
Łóżeczko, wózek, nosidełko, wanienka, przewijak, leżaczek, krzesełko do karmienia to wszystko zajmuje dużo miejsca. Jeśli  masz gdzie to trzymać i wiesz, że nie przeleży więcej niż trzy lata to warto zostawić. Poza tym jeśli zainwestowałaś np. w wózek, kupując lepszy, bardziej wytrzymały, a co za tym idzie droższy, z myślą, że będzie nim podróżowało więcej niż jedno dziecko, to właśnie to warto zostawić na przyszłość. Cała reszta, jeśli nie masz tego gdzie trzymać sprzedaj, oddaj, sprezentuj komuś.

Gadżety

Karuzela, mata edukacyjna, podgrzewacz, sterylizator do butelek i wszystkie tego typu utensylia warto zostawić, ale znowu pod warunkiem, że masz na nie miejsce. Nie są to duże przedmioty, miejsce na pawlaczu, strychu czy górnych półkach w szafie powinno się znaleźć bez większych problemów, a są to dość drogie rzeczy, więc warto je mieć.

Ubrania
I tu można napisać całą epopeję. Tak, zostawiłam większość ubrań po Asi. Zrobiłam to dlatego, że mam ogromny strych, gdzie mogłam te wszystkie pudła ulokować. Czy mi się przydały?  W 70% nie. Dlaczego? Bo a) nie zgadzały się  z porą roku urodzenia Matiego (Asia urodziła się wczesną wiosną, a właściwie końcówką zimy, a Mati to środek lata), b) były typowo dziewczęce, spódniczki, sukienki, kurteczki – różowego miałam niewiele na szczęście.  Przydały się komuś innemu – podarowałam je dwóm moim tegorocznym chrześnicom.  Wykorzystałam kilka body, ale to co najbardziej mi się przydało i przydaje, to spodnie i bluzy – celowo kupowane dla Asi w uniwersalnych kolorach, tak by później pasowały także na chłopca. I dlatego powiem tak: jeśli masz miejsce to zostaw kilka najładniejszych, niezniszczonych rzeczy – spódnice, sukienki, swetry, spodnie, kombinezony, kurtki, buty. Ale jeszcze raz podkreślam – kilka rzeczy. Takich ulubionych przez Ciebie, zwłaszcza jeśli są to typowo dziewczęce ubrania jak sukienki, spódniczki czy cokolwiek różowego (no wybaczcie, ale co jak co w różowe to bym Matiego nie ubrała – nie widzę tego, po prostu nie widzę).  Większość ubrań dla Matiego kupiłam albo dostałam po synku kuzynki.  I to jest najlepsze rozwiązanie – jeśli masz w rodzinie inne malutkie dzieci, zawsze można się wymienić rzeczami. 

Drugie dziecko i co dalej?
A jeśli marzy Wam się większa rodzina niż standardowe 2+2? Po urodzeniu Matiego postanowiłam, że pozbywam się teraz na bieżąco już wszystkich rzeczy niemowlęcych – od ubranek, przez gadżety, po nosidełko i wózek (oczywiście w momencie jak Mati przestanie już  z nich korzystać). Teraz już wiem, że jeśli zamarzy nam się kolejny potomek to wtedy po prostu kupię nową wyprawkę.  Wiem już co mi się przyda i w jakich ilościach, a poza tym ubrania po dwójce dzieci to już rzadko kiedy nadają się do kolejnego użytku. Podobnie jest z tymi wszystkimi wielkogabarytowymi rzeczami, mam rozeznanie, a więc mogę kupić to co naprawdę potrzebne, dobrej jakości i nie za wielkie pieniądze. Ale to jest melodia bardzo dalekiej przyszłości.


Problemy dnia codziennego, te duże i małe, prywatne i zawodowe, ale wszystkie jakże przyziemne, tak w wielkim skrócie prezentuje się fabuła serialu „Easy” od Netflixa. Osiem odcinków to nowele, z których każda opowiada o innej osobie, czy też parze. Wszystko osnute wokół związków, ale łączące się ze wszystkim co bohaterowie robią w życiu.  Postacie znają się, niektóre pojawiają się nie tylko we własnych historiach, ale też w opowieściach innych, łączą ich mniej lub bardziej zażyłe relacje.  Każdy odcinek to osobna historia poruszająca inny problem,  całościowo dając pełen przegląd perypetii sercowych, z jakimi zmagają się ludzie.

Najważniejsi w „Easy” wcale nie są bohaterowie, ale historie. Mimo świetnej obsady (m.in. Orlando Bloom) bohaterowie są tylko tłem dla fabuły. To wątek danego odcinka jest najważniejszy, to na nim koncentruje się uwaga widza.  Dla mnie niewątpliwym atutem produkcji  jest jej różnorodność – od singli, przez młode małżeństwa, pary z długoletnim stażem po związki homoseksualne. Zobaczymy różne podejścia do życia i związków – znudzenie partnerem, zmiany w życiu związane z narodzinami dziecka,  próby przypodobania się nowemu partnerowi.  Bardzo podobało mi się to, że każdy odcinek pozostawiał problem otwarty. Nie podawano konkretnego rozwiązania, a jedynie jego możliwości. Nie zawsze wiemy jaką decyzję podjęli bohaterowie, nie zawsze możemy się tego domyślić, co sprawia, że taka forma serialu intryguje.

Nie mogę powiedzieć, że  „Easy” to doskonała produkcja, koniecznie obejrzyjcie. To jest dobry serial, dla kogoś kto lubi tego typu formę.  Scenariusz jest dość ambitny, odcinki inteligentne, ale nierówne. Świetny był pierwszy epizod o małżeństwie z długoletnim stażem, które próbowało na nowo rozpalić ogień w związku. Bardzo mi się podobał odcinek (z doskonałą obsadą zresztą), w którym młode małżeństwo  umawia się na randkę w trójkącie za pomocą aplikacji internetowej. Niezwykle ciekawy był odcinek o pisarzu, który swoje książki opierał na własnym życiu i ludziach, których spotykał. Jednak mam problem z tym epizodem, bo pomysł był intrygujący,  świetna puenta, ale sama realizacja wyszła nudno.

Jak wspominałam „Easy” jest dość przeciętną produkcją, która w zamierzeniu miała być komedią, niestety prawie w ogóle nie śmieszy. Ambicje przerosły twórców i kilka rzeczy wyszło im doskonale, ale jako całość prezentuje się bez rewelacji.  Apetyty zaostrzała z pewnością doskonała obsada, która jednak nie uratowała serialu. Jeśli macie ochotę zobaczyć coś nietypowego, oryginalnego, świeżego w zalewie takich samych produkcji to „Easy” jest warte obejrzenia. Jeśli jednak oglądacie niewiele seriali i zależy Wam na czymś szczególnie wartym uwagi, to nie polecam.
W tym roku wyjątkowo poszalałam z zakupami książkowymi dla dzieci. Prezenty pod choinkę zaczęłam kupować we wrześniu korzystając z różnych promocji, więc Gwiazdka będzie obfitować w dziecięce prezenty, przede wszystkim w książki.

Jestem przeciwnikiem dużej ilości zabawek, bo stara prawda mówi, że im więcej zabawek, tym mniej dziecko się bawi. Asia i tak najbardziej lubi zabawy prawdziwe, czyli gotuje ze mną albo babcią w kuchni, pomaga sprzątać, albo wymyśla sobie zabawy do których wystarcza jej pudełko plastikowe zabrane z kuchni, albo kilka koców i poduszek w celu stworzenia bazy (któż się w to nie bawił!). Jedyne co moje dzieci mają w nieograniczonych ilościach to książki. Trochę jeszcze z mojego dzieciństwa, ale nie oszukujmy się większość to jednak zakupy poczynione przez ostatnie trzy lata. W tej kwestii akurat nie potrafię się opanować. I tak na Mikołajki, a później pod choinką moje dzieci znajdą takie oto cuda:

http://www.wydawnictwodwiesiostry.pl/katalog/prod-lato_na_ulicy_czeresniowej.html?psearch[prodkey]=Lato%20na%20ulicy%20Czere%C5%9Bniowej

http://nk.com.pl/opowiem-ci-mamo-co-robia-auta/2094/ksiazka.html#.WDw-KFyXrqY

http://nk.com.pl/opowiem-ci-mamo-co-robia-narzedzia/2310/ksiazka.html#.WDw-K1yXrqY

http://www.wydawnictwodwiesiostry.pl/katalog/prod-botanicum.html

http://www.wydawnictwodwiesiostry.pl/katalog/prod-noc_na_ulicy_czeresniowej.html?psearch[prodkey]=noc%20na%20ulicy

http://www.wydawnictwodwiesiostry.pl/katalog/prod-mapy.html

http://www.wydawnictwodwiesiostry.pl/katalog/prod-pod_ziemia_pod_woda.html

http://www.gwfoksal.pl/ksiazki/pchla-szachrajka.html

http://www.wydawnictwodwiesiostry.pl/katalog/prod-ksiega_dzwiekow.html?psearch[prodkey]=ksi%C4%99ga%20d%C5%BAwi%C4%99k%C3%B3w


A wy co kupiliście? Albo co Wam się podoba z powyższych tytułów, może znacie coś? 

Ps. Księga dźwięków to już drugi egzemplarz, specjalnie dla Matiego, bo Asi już się dawno rozpadł, a to jest najlepsza książka dla maluszków jaką kiedykolwiek wymyślono.
źródło: filmweb.pl
Nie umiem pisać o serialach czy filmach. Łatwiej jest mi wypowiedzieć się o książce, niż komentować grę aktorów, pracę scenarzystów, fabułę. Czasem jednak zdarzy się produkcja, o której aż chce się pisać, dlatego dzisiaj chciałabym opowiedzieć o „The Crown”.

„The Crown” to nowa produkcja Netflixa, który już niejednokrotnie udowodnił, że wie jak robić telewizję. Tym razem na warsztat poszedł temat niełatwy, kilkakrotnie już pokazywany w różnych odsłonach i z różnym skutkiem, mianowicie opowieść o życiu obecnie panującej Królowej Elżbiety II.  I choć byłam zachwycona „Królową” sprzed kilku lat, gdzie w roli tytułowej wystąpiła genialna Helen Mirren, to „The Crown” podobało mi się o wiele bardziej. Choć trzeba przyznać, że każda z tych produkcji pokazuje inny etap panowania królowej.

Księżniczkę Elżbietę poznajemy na dzień przed jej ślubem z grecko-duńskim księciem Filipem. Młodą, zakochaną kobietę pełną obaw, ale i nadziei co przyniesie przyszłość.  Jest rok 1947, Elżbieta ma zaledwie 21 lat i nie myśli jeszcze o rządzeniu krajem.  Nie wie, że wkrótce przyjdzie jej się zmierzyć z ogromnym wyzwaniem bycia nie tylko głową państwa, ale i wzorem do naśladowania dla wszystkich poddanych. W pierwszym sezonie ukazane zostały wydarzenia rozgrywające się między 1947 rokiem, a połową lat 50-tych.  Najjaśniejszym punktem tego okresu jest niewątpliwie koronacja Elżbiety. Po raz pierwszy takie wydarzenie było transmitowane przez telewizję i każdy Brytyjczyk mógł dostąpić zaszczytu pośredniego przynajmniej uczestniczenia w nim. Pierwsze lata panowania Elżbiety przyniosły wiele zmian w sposobie sprawowania władzy królewskiej.  Królowa uczyła się nowych dla niej reguł podejmowania decyzji, zwłaszcza w kwestiach trudnych, gdzie kłóciła się jej natura ze pozycją królowej.

Doskonale w roli Elżbiety sprawdza się Claire Foy, z jednej strony cicha i grzeczna, z drugiej twarda i stanowcza kiedy trzeba. Ogromnie podobała mi się Vanessa Kirby jako księżniczka Małgorzata. Szalona, nieokiełznana, niewłaściwie zakochana. Poza tym wspaniały John Lithgow w roli Churchila, cudownie wredny, choć może momentami wyolbrzymiający wady słynnego premiera. Mój ulubiony Jeremy Northam, którego wielbię od czasów „Emmy” jako Anthony Eden, minister praw zagranicznych, a później premier, na razie jest nieco przygaszony, ale liczę, że w kolejnym sezonie się rozkręci jako premier. Niewątpliwie jednak, i tu nie jestem zapewne odosobniona w poglądach, cały serial kradnie Matt Smith w roli księcia małżonka Filipa. Cudownie zwariowany, jednocześnie dumny oficer marynarki, a później nieco przytłoczony staniem w cieniu żony – królowej. Nie sądziłam, że Doctor Who sprawdzi się w roli tak odmiennej od dotychczasowych, a on nie tylko się sprawdził, ale też pobił na głowę wszystko i wszystkich.

„The Crown” to serial, na który wszyscy czekali, więc oczekiwania były mocno wywindowane. Myślę, że to spowodowało, że zdania są tak podzielone wśród widzów. Czytałam wiele zachwytów nad produkcją, jak i narzekania na zbyt duże skupienie się na jednym temacie – polityce. Ja jestem gdzieś pośrodku. Serial bardzo mi się podobał, jestem nim niewątpliwie oczarowana, nadziei nie zawiódł, ale też nie miałam wygórowanych oczekiwań. No może jedno – żeby nie było nudno. Bo widzicie często jest tak, że są świetne seriale, doskonale napisane, ale jakoś te odcinki się dłużą.  I to nie jest nawet kwestia nudy, bo fabuła ciekawa, ale nie da się obejrzeć więcej niż 1-2 odcinki na raz. „The Crown” to nie jest serial dynamiczny, ale nie ma w nim dłużyzn, momentów kiedy myślisz ‘o matko jeszcze 20 minut’, chociaż każdy odcinek trwa godzinę.  Produkcję Netflixa ogląda się z przyjemnością, bez jakiegoś specjalnego napięcia, bo też wiadomo co się stanie dalej, ale z takim poczuciem, że to się po prostu dobrze ogląda. I chce się oglądać.  Czego Wam życzę.




Postanowiłam pokazać Wam listę książek, które kupiłam w tym roku. 26 tytułów, wśród których jest tylko jedna książka papierowa ("Czarownica"), cała reszta to ebooki. Część już przeczytałam, część zaczęłam, ale odłożyłam na lepszy czas, a część dopiero czeka na swoją kolej. Najwięcej kupiłam w listopadzie (jak zwykle), bo krakowskie targi książki to zawsze dla mnie czas największych i najbardziej wyczekiwanych premier. Jednocześnie tylko trzy pozycje nabyłam za pełną cenę, reszta to kody rabatowe i kwoty od 15 do 19 zł. I za to kocham ebooki, między innymi:)

Litwinek Anna    Czarownica
Bocek Evzan    Arystokratka w ukropie
Mikuła Paulina    Mówiąc inaczej
Jay Francine    Minimalizm daje radość
Maushart Susan    e-migranci
Shafak Elif    Uczeń architekta
Puzyńska Katarzyna    Łaskun
Kordel Magdalena     Nadzieje i marzenia
Glogaza Joanna    Slow life
Gregory Philippa    Ostatnia żona Tudora
Gregory Philippa    Klątwa Tudorów
Kędzierska Katarzyna    Chcieć mniej
Szymiczkowa Maryla    Rozdarta zasłona
Morys-Twarowski Michael    Polskie imperium
Gutowska - Adamczyk Małgorzata    Fortuna i namiętności: Zemsta
Scott Jennifer L.    Szkoła wdzięku Madame Chic
Rodriguez McRobbie Linda    Niegrzeczne księżniczki
Miszczuk Joanna    Nefrytowy naszyjnik
Kondo Marie    Tokimeki
Witkiewicz Magdalena    Pracownia dobrych myśli
Herbich Anna    Dziewczyny z Solidarności
Kordel Magdalena     Anioł do wynajęcia
Rudnicka Olga    Granat poproszę
Cygler Hanna    Za cudze grzechy
Majgier Katarzyna    Kuchennymi drzwiami
Martin Wednesday    Naczelne z Park Avenue

Do kupienia została mi jeszcze tylko jedna książka, długo wyczekiwane "Damy ze skazą" Kamila Janickiego - czekam na ebooka. 


A wy, ile książek kupiliście w tym roku?

Dzisiaj na blogu rusza nowy cykl #biblioteka minimalistki. Jakiś czas temu zapowiadałam, że recenzji pojedynczych książek będzie już niewiele, pojawi się znacznie więcej różnorodnych tematów, jednak nie rezygnuję całkowicie z książek. Stąd pomysł, aby co jakiś czas przedstawiać Wam tytuły, które przeczytałam, w krótkiej kilkuzdaniowej formie.


Olga Rudnicka "Były sobie świnki trzy"

To było moje drugie podejście do tej książki i okazało się bardzo udane. Rudnicka stworzyła historię trzech kobiet, które chcąc nie chcąc zostają przyjaciółkami, w dość niecodziennych okolicznościach. Kamelia, Jolka i Martusia mają bardzo bogatych i bardzo nudnych mężów. Z jednej strony kobietom nie brakuje niczego (materialnego), z drugiej są nieszczęśliwe. Na dodatek ciągle muszą pilnować mężów, bo przecież młodych i pięknych kandydatek na żony nie brakuje. Najlepiej byłoby zostać bogatą wdową. Tylko nie jest to takie proste...

Rudnicka mnie zachwyciła. Uwielbiam cykl o 'Nataliach', potem był ten nieszczęsny "Fartowny pech", ale "Były sobie świnki trzy" to jedna z tych książek, przy których nie przestajesz się śmiać i zastanawiasz się, co jeszcze wymyślą trzy zdesperowane kobiety. Mnóstwo dobrej zabawy w stylu Joanny Chmielewskiej.


Magdalena Witkiewicz "Pracownia dobrych myśli"

Jak ja lubię jak Magda pisze takie książki. Ciepłe, rodzinne, z mnóstwem dobrych emocji. Pracownia dobrych myśli to miejsce, które każdemu kto do niego przyjdzie przyniesie szczęście. Przez lata zapomniane, wreszcie odżywa pod ręką wnuka dawnej właścicielki. A mieszkańcy kamienicy, w której znajduje się Pracownia nareszcie mają szanse odnaleźć właściwy punkt w swoim życiu.

"Pracownia dobrych myśli" to jedna z tych książek, przy których zapomina się o wszystkim, zwłaszcza o problemach, bo przecież kłopotów to nikt nie lubi. A jak jeszcze masz anturium za uchem to od razu Ci się humor poprawi. Fanom "Ballady o ciotce Matyldzie" na pewno się spodoba.

 
Krystyna Mirek "Szczęśliwy dom" 
I tom sagi Jabłoniowy sad

Kilka razy obiecywałam sobie, że przeczytam jakąś książkę Krystyny Mirek. I wreszcie mój wybór padł na sagę Jabłoniowy sad, przede wszystkim, dlatego, że uwielbiam sagi rodzinne. Wyjątkowo podjęłam mądrą decyzję. Historia domu Heleny i Jana, który jest taką bezpieczną przystanią dla czterech córek, to piękna, bardzo mądra, ciepła opowieść. Maryla, Gabrysia, Julia i Aniela mają swoje problemy, ale zawsze mogą przyjechać do Jabłoniowego sadu, by ukoić nerwy, przemyśleć pewne sprawy i z nowymi siłami zmierzyć się z życiem.

"Szczęśliwy dom" to książka pełna radości, mimo trudnych historii bohaterek. Taki trochę "Domek na prerii", gdzie każda przeciwność losu sprawiała, że bohaterowie rośli w siłę. Piękna, wzruszająca opowieść o tym, że nie wolno się poddawać, i warto stawić czoła wszelkim problemom. Wiem, że są kolejne dwa tomy sagi, i z przyjemnością je przeczytam.


Katarzyna Puzyńska "Dom czwarty"

I na koniec coś zupełnie innego od powyższych lektur. Creme de la creme, wisienka na torcie i w ogóle cud, miód i orzeszki. Najnowszy kryminał Katarzyny Puzyńskiej, czyli siódmy tom cyklu Lipowo "Dom czwarty". Czytając 800-stronicowego "Łaskuna" trochę się obawiałam, że autorka tak się rozpędziła, że kolejna książka przekroczy tysiąc stron, a to już trochę za dużo dla mnie jak na kryminał. "Dom czwarty" ma tylko 500 stron, a mimo to doskonale sklejone wszystkie wątki. Zaginięcie komisarz Klementyny Kopp to sprawa, nad którą pracują Daniel Podgórski, Emilia Strzałkowska i Weronika Nowakowska. Pracują nieoficjalnie. Jednocześnie walczą z problemami, które narosły w nich od czasu sprawy Łaskuna.

Fantastyczna kolejna książka Puzyńskiej. Nie wiem jak ona to robi. Niesamowicie irytował mnie Daniel Podgórski, ale przyznaję, że zaskoczyła mnie jego przemiana. Tego na pewno się nie spodziewałam. Zagadka kryminalna na plus, częściowo udało mi się ją rozwiązać, chociaż autorka zastawiła pełno haczyków, na potencjalnych czytelników - detektywów. Sama historia domu czwartego troszeczkę mnie rozczarowała, typowałam inny budynek i miałam nadzieję, że ta odrobina tajemniczości będzie zapewniona, ale i tak jestem po raz kolejny pod ogromnym wrażeniem pomysłów i talentu autorki.  Pochłonęłam te 500 stron w dwa dni, co przy dwójce małych dzieci jest nie lada sztuką. I to niech będzie najlepsza rekomendacja.


Recenzje pozostałych książek powyższych autorek możecie znaleźć w zakładce Książki.
źródło: unsplash.com photo by Amanda Jordan

Fakt posiadania dwójki dzieci uprawnia mnie do pewnych przemyśleń. No dobra, nie uprawnia, ale myśleć mi nikt nie zabroni, dlatego chciałam się z Wami podzielić moimi spostrzeżeniami dotyczącymi wyprawki dla noworodka, nic odkrywczego, ale nauczyłam się, że w pewnych kwestiach dobrze jest przypominać niektóre tematy. Być może są wśród Was mamy, albo przyszłe mamy (o tatusiach nie wspominam, bo po pierwsze przy wyprawce przeważnie uczestniczą tylko jako tragarze, po drugie wśród czytelników bloga jest raczej niewielu mężczyzn), które zastanawiają się co kupić, a przede wszystkim ile kupić. Bo wyprawka ubraniowa dla noworodka sprowadza się właśnie do ilości.

Kiedy miała urodzić się Kuka nie miałam syndromu wicia gniazda. Nie biegałam po sklepach, nie przeszukiwałam internetu w celu znalezienia tych najpiękniejszych, najcudowniejszych, najsłodszych ubranek dla dziewczynki.  Na zakupy poszłam dwa razy. DWA! Raz na takie duże, kiedy kupiłam mnóstwo rzeczy typu wanienka, łóżeczko itd., a przy okazji kilka ubranek. I drugi raz do naszego miejscowego sklepu dziecięcego, gdzie nabyłam po kilka sztuk body, śpiochów i pajacyków.

Teraz przed narodzinami M. internet zrobił swoje i kupiłam kilka rzeczy. Właściwie niedużo, ale i tak za dużo. Wprawdzie mam sporo ubranek Kuki, ale ja jestem tradycjonalistką i w różowe chłopca nie ubiorę, bo mnie to gryzie w oczy. Tak mam.  Dlatego sporo ubranek Kuki poszło do jej kuzynek, a dla M. zostawiłam tylko te unisex. A, że na szczęście byłam dość przewidująca kupując ubrania dla córki, to teraz mam ich całkiem sporo dla synka.

I teraz powiem tak. Zakupy dla M. były potrzebne owszem, ale trochę przesadziłam. Każde dziecko jest inne i dlatego nie ma co szaleć. Kuka była dzieckiem ulewającym. Przebierałam ją co najmniej 3-4 razy dziennie. Potrzebowałam więc duże ilości body i kaftaników, bo to się najczęściej brudziło. Uznałam więc, że dla M. muszę mieć co najmniej 10 sztuk body. Te najmniejsze na 56 cm i 62 cm musiałam kupić, bo pory roku mi się nie zgadzały. Kuka urodziła się w marcu, więc jej najmniejsze ubrania miała długie rękawy, a M. jest dzieckiem lipcowym, więc zdecydowanie krótki rękaw wskazany.  M. zrobił niespodziankę i nie ulewa w ogóle, spokojnie mogę go przebierać raz dziennie, ubranka i tak piorę dwa razy w tygodniu, bo w połączeniu z Kuką, to mi się nazbiera, tak więc  z około 15 body, które miałam łącznie, używałam 5-6 sztuk.

Poza tym jeśli macie małe dzieci w rodzinie, albo u znajomych to też z pewnością zostaniecie zasypani ubraniami zarówno nowymi, jak i po dzieciach (przeważnie w idealnym stanie, bo dopóki dziecko je tylko mleko to te ubranka niespecjalnie się brudzą), także nie ma co szaleć. A jak się okaże, że ta ilość którą macie jest niewystarczająca to wtedy zawsze można dokupić. Matki są królowymi zakupów internetowych, bo tak wygodniej. I ja też tak robię.

Przyznam szczerze, że teraz już pohamowałam się z zakupami dla M. Wymieniam się ubraniami z kuzynką, która ma dzieci w identycznym wieku jak moje, tylko że na odwrót – ona ma dwuletniego chłopca i półroczną dziewczynkę, a ja dwuipółletnią Kukę i czteromiesięcznego M.  Nawet pory roku nam się prawie całkowicie zgadzają. Ja jej daję ubrania po Kuce, a ona mi po swoim synku. Moja szafa pęka w szwach. Dosłownie. To po co mam kupować kolejne rzeczy?

Zanim ruszycie na zakupy dobrze się zastanówcie, przepytajcie znajomych co oni kupowali, czy im wystarczało, czy nie było za dużo, albo za mało, zróbcie sobie spis. Zawsze się przydaje.