Nie było mnie dwa miesiące. Ponad dwa miesiące. Nie ukrywam, że trochę mi się nie chciało pisać, bo piękna, letnia pogoda sprzyjała raczej innym rozrywkom. Jednak główny powód mojej nieobecności ma w tej chwili 9 tygodni i właśnie poszedł spać. 




Prawdę mówiąc miałam czas na pisanie. Pierwsze dwa, może trzy tygodnie musiałam ogarnąć trochę życie z dwójką dzieci, ale szczerze mówiąc z dwójką mam więcej czasu, niż miałam go mając jedno dziecko.

Kuka jako niemowlę była bardzo zajmująca. Albo wozić w wózku, albo trzymać na rękach, albo leżeć obok niej na łóżku. Wymagała ciągłej uwagi. M. jest dużo spokojniejszy. Sam zasypia w łóżeczku czy wózku (bez wożenia), uwielbia leżaczek – bujaczek, godzinami może wpatrywać się w karuzelę i w ogóle zachowuje się jakby go nie było. Cichy, spokojny, grzeczny – nie wiem po kim on to ma.

Nie pisałam jednak nowych tekstów, bo miałam ochotę pooglądać sobie seriale. Nadrobić filmowe zaległości, pobawić się z Kuką w piaskownicy, albo pojechać na wycieczkę.  Przez te dwa miesiące zaliczyliśmy wypad do Ogrodzieńca i w góry, Festiwal Pierogów na krakowskim Rynku, a nawet jedno wesele (z dwójką dzieci, w tym siedmiotygodniowy M.). I dało się. Jak się człowiekowi chce, a do tego jeszcze potrafi się w miarę zorganizować to wszystko się da.

Nadszedł jednak czas by wrócić. Wszystkie zmiany, o których wspominałam wiosną są związane właśnie z narodzinami M. Będzie nowa nazwa bloga, ale to jeszcze nie teraz, ale przede wszystkim daję sobie pełną dowolność w tematach. Ostatnio mam fazę na urządzanie wnętrz, więc przygotujcie się na teksty wnętrzarskie. Będzie dużo Ikei. Naprawdę dużo.  Obejrzałam kilka seriali i filmów, to też może coś napiszę. Książki od czasu do czasu będą się pojawiać, ale rzadko. Zrobiłam się okropnie wybredna i czytam dużo mniej niż dawniej.

Także tego wracam. Możecie się cieszyć. Ale nie musicie:)
To chyba pierwsza powieść Philiippy Gregory, która mną wstrząsnęła. Jeśli Henryk VIII pod koniec życia rzeczywiście był taki, jakim opisuje go autorka, to ja się nie dziwię, że los pokarał go brakiem następcy tronu i końcem dynastii na Elżbiecie I.

„Ostatnia żona Tudora. Poskromienie królowej” opowiada o Katarzynie Parr, ostatniej żonie Henryka VIII, która miała to szczęście, że przeżyła męża. A łatwo nie było. Henryk VIII Tudor pod koniec życia stał się odrażającym tyranem. Zadufany w sobie, uważający się wciąż za pięknego, młodego i mądrego księcia jakim był kiedyś, traktował swoje otoczenie jako wrogów napuszczając jednych na drugich, co rusz zmieniając zdanie i czerpiąc satysfakcję ze strachu, jaki wywoływał wśród najbliższych. Nikt nie mógł być pewny, czy w danej chwili jest przyjacielem czy wrogiem króla, czy nie trafi za chwilę do Tower za zdradę, by miesiąc później cieszyć się największym uznaniem i względami króla. Takiego Henryka VIII pokazuje nam Gregory. Oczami Katarzyny Parr widzimy przemianę jaka dokonała się w Henryku. Jednocześnie ona sama ukazana jest jako ta, która wiedziała co ją czeka po wyjściu za mąż. Nie była tak głupiutka i naiwna jak Katarzyna Howard, ani żądna władzy jak Anna Boleyn. Nie była potulna i mdła jak Joanna Seymour, ani rozdarta jak Anna Kliwijska. Katarzyna Parr podobna raczej była do Katarzyny Aragońskiej, królowej mądrej, oczytanej, stworzonej do rządzenia. Jedyne co ją odróżniało od hiszpańskiej infantki to podejście do króla. Katarzyna Parr wiedziała, że Henryk VIII jest przewrażliwiony na swoim punkcie i należy stosować wobec niego dyplomację, i to daleko posuniętą. Ponadto miała w sobie siłę, która pozwoliła jej przetrwać wszelkie upokorzenia i odnieść końcowe zwycięstwo. Przetrwała, przeżyła króla i stała się wolna. Nareszcie.

Philippa Gregory kreśli portret ostatniej żony Henryka VIII jako kobiety niezwykłej. Mądrej, oczytanej, wciąż się kształcącej, a jednocześnie niezwykle odważnej i rozważnej dyplomatki. I chociaż były momenty, gdy musiała na siebie uważać, to jednak instynkt przetrwania pozwolił jej wychodzić cało z najgorszych opresji. Zasłynęła z tego, że udało jej się pojednać króla z córkami Marią i Elżbietą, a także zgromadzić zarówno księżniczki, jak i młodego następcę tronu Edwarda przy jednym stole z królem. Dwór, na którym przyszło żyć Katarzynie Parr pełen był intryg i to tworzonych przez samego Henryka VIII, który uwielbiał się bawić swoimi poddanymi, nie wyłączając własnej żony. Anglia jaką widzimy na kartach powieści Gregory targana jest niepokojem, ciągłymi zmianami i niepewnością losu. Kościół katolicki kontra Kościół anglikański i spór, który najbardziej przybrał na sile właśnie pod koniec panowania Henryka VIII, zapewne z powodu jego zmiennych nastrojów i przychylania się to jednej, to drugiej stronie. W tej powieści Gregory wyjątkowo wyraźnie nakreślone jest tło społeczno – obyczajowe, bo też gra ono tutaj ważną rolę, ważniejszą niż we wcześniejszych książkach autorki. Rywalizacja wśród wielmożów, wśród zwolenników reformy kościoła przybrała na sile, a Henryk bawił się tym zamiast jasno określić zasady. Stał się królem, którego interesują tylko własne przyjemności i własne zachcianki, którego ego było tak wielkie, że przesłaniało rzeczywistość i nie pozwalało nie tylko skutecznie rządzić, ale w ogóle władać państwem. Terror i dyktatura, które zapanowały w Anglii przyczyniły się do tego, że kraj stanął na krawędzi i przez wiele lat nie mógł się dźwignąć z upadku.

„Ostatnia żona Tudora. Poskromienie królowej” to doskonałe studium charakteru Henryka VIII. Obnaża wszystkie jego najgorsze cechy, pokazując jak z młodego i prawego księcia stał się tyranem. Jako, że Philippa Gregory jeszcze nigdy nie zawiodła mnie realiami historycznymi, wiedzą i merytorycznym przygotowaniem powieści ufam jej osądowi, co do postaci króla. Nie wątpię, że wiele wydarzeń wprowadzonych do powieści jest fikcyjnych, jednak autorka wiele razy już udowodniła, że potrafi połączyć fakty historyczne z plotkami i własną wyobraźnią, bez szkody dla rzeczywistych wydarzeń. Moim zdaniem „Ostatnia żona Tudora. Poskromienie królowej” jest jedną z lepszych powieści Gregory, nie tylko pod względem warsztatowym, ale również jako przybliżenie postaci Katarzyny Parr, która znana jest przede wszystkim z faktu, że była ostatnią żoną Henryka VIII, i na dodatek udało jej się przeżyć króla. 


Zobacz również:
Gregory Philippa Władczyni rzek
Gregory Philippa Biała królowa
Gregory Philippa Czerwona królowa
Gregory Philippa Biała księżniczka
Gregory Philippa Klątwa Tudorów
Gregory Philippa Kobiety Wojny Dwu Róż
Gregory Philippa Dwie królowe
Gregory Philippa Kochanice króla



„Biała księżniczka” to niezwykle poruszająca historia Elżbiety York, której przeznaczeniem było połączenie dwóch zwaśnionych rodów – królewskiego rodu Yorków z rodem Tudorów, który właśnie osadził na tronie Henryka VII. Elżbieta York miała być gwarancją, że Wojna Dwu Róż już nigdy nie podzieli Anglii, a nowy ród zapoczątkuje spokojne czasy dla kraju.

Elżbieta York, córka Elżbiety Woodville i Edwarda IV Yorka, wnuczka Jakobiny Luksemburskiej była godną potomkinią Meluzyny. Pokornie wyszła za mąż dla dobra narodu, całe lata znosiła nienawiść ze strony Małgorzaty Beaufort, matki króla Henryka VII, która uważała się za najważniejszą osobę w królestwie, zaraz po swoim synu. Elżbieta żyła w ciągłej obawie przed podejrzliwością męża i teściowej, którzy nie potrafili zaufać nikomu, ciągle bojąc się, że znajdzie się inny pretendent do tronu, ktoś z większymi prawami do rządzenia niż Henryk VII Tudor. „Biała księżniczka” opowiada historię Elżbiety od momentu kiedy poznała Henryka VII prawie do samej jej śmierci.

Philippa Gregory jak zwykle staje na wysokości zadania i pozwala czytelnikowi rozkoszować się pięknym językiem, kunsztem literackim i pomysłowością. Autorka idealnie łączy rzeczywistość z fikcją, prezentując rzeczywiste wydarzenia, a uzupełniając jedynie luki historyczne. Historia rodu Yorków jest dość zagmatwana, pełna niedomówień, bo właściwie do dzisiaj nie wiadomo na pewno, co stało się z dwoma braćmi Elżbiety York, Edwardem i Ryszardem, którzy rzekomo zostali zamordowani w Tower przez króla Ryszarda III. Nie jest pewne, czy rzeczywiście zginęli obaj, czy Ryszard III był mordercą, nie ma dokumentów, który dawałyby stuprocentową pewność co do losów książąt. Z drugiej strony ta historia daje ogromne pole do popisu dla pisarzy. Gregory miesza prawdę historyczną z plotkami, legendami i własnymi pomysłami. Dla osób zainteresowanych historią nie będzie problemem rozróżnienie co jest prawdą, co domysłem, a co fikcją literacką, a dla mnie powieści Philippy są okazją do odkrycia nowych wątków w wojnie Dwu Róż i późniejszym panowaniu Tudorów. Książki Gregory stanowią zachętę do sięgnięcia do źródeł historycznych i poznania losów bohaterów, których znamy z powieści. Takim odkryciem była dla mnie Małgorzata Pole, bohaterka „Klątwy Tudorów”, dotąd zupełnie mi nieznana.

Niewątpliwą zaletą każdej powieści Gregory jest tło społeczno – obyczajowe. Autorka opisuje życie dworu królewskiego od kuchni. Kto miał prawo wejść do króla, królowej, w jakiej kolejności, kto miał wstęp do komnat prywatnych, a kto tylko do gościnnych. Jak wyglądał letni objazd królestwa, gdzie się zatrzymywano, jakie były wymagania co do takiego postoju. Mnóstwo szczegółów, które na pozór mało ważne, tutaj tworzą zgrabną całość i stanowią nieodłączny element całej historii.

„Biała księżniczka” to doskonałe zwieńczenie historii rodu Yorków, niełatwej, pełnej domysłów, niedopowiedzeń i przypuszczeń. Los nie szczędził im zarówno pięknych chwil, jak i tragicznego końca. Jednak powieść Philippy Gregory pokazuje, że wiele można przetrwać mając u boku rodzinę.




Zobacz również:
Gregory Philippa Władczyni rzek
Gregory Philippa Biała królowa
Gregory Philippa Czerwona królowa
Gregory Philippa Klątwa Tudorów
Gregory Philippa Kobiety Wojny Dwu Róż
Gregory Philippa Dwie królowe
Gregory Philippa Kochanice króla
„Klątwa Tudorów” to ostatnia jak dotąd (zakładam, że ostatnia w ogóle, przynajmniej chronologicznie) część cyklu Wojny Kuzynów autorstwa Philippy Gregory. Książka ta łączy jednocześnie Wojny Kuzynów z cyklem tudorowskim, jest swoistym spoiwem, w którym patrzymy na końcówkę panowania Henryka VII i pierwszych trzydzieści lat panowania Henryka VIII, z perspektywy osoby teoretycznie postronnej, Małgorzaty Pole.

Małgorzata Pole, wdowa po Ryszardzie Pole, nie jest postacią znaną powszechnie. Wychodząc za mąż zależało jej tylko na jednym, odcięciu się (przynajmniej na pozór) od rodowego nazwiska. Małgorzata bowiem wywodziła się z rodu Plantagenetów, w którym Henryk VII widział zagrożenie dla swojego panowania. Jej życie pełne było wzlotów i upadków, praktycznie całą rodzinę straciła w Tower, a na koniec i jej przyszło trafić do niesławnej wieży. Przykład kobiety silnej, inteligentnej, niezwykle twardej, potrafiącej stawić czoła największym przeciwnościom losu.

„Klątwa Tudorów” rozpoczyna się w miejscu, w którym skończyła się „Biała księżniczka” (historia Elżbiety York, żony Henryka VII Tudora). Brat Małgorzaty, Edward właśnie został ścięty z rozkazu Henryka VII. Król obawiał się, iż młody potomek Plantagenetów w końcu stanie się zarzewiem buntu Anglików, chcących przywrócić na tron stary ród.  Chwilę później umiera królowa Elżbieta York, kuzynka i sojuszniczka Małgorzaty, która teraz będzie musiała samodzielnie stawiać czoła Królowej Matce, Małgorzacie Beaufort i królowi Henrykowi VII. Jej jedyną pociechą jest możliwość pełnienia funkcji opiekunki młodego księcia Artura i jego świeżo poślubionej żony Katarzyny Aragońskiej, z którą Małgorzata bardzo się zaprzyjaźniła. Fabuła powieści obejmuje aż czterdzieści dwa lata, pokazując tym samym początki panowania Henryka VIII, aż do momentu, w którym dochodzi do piątego ślubu króla, z Katarzyną Howard. Małgorzata Pole była świadkiem wszystkich najważniejszych wydarzeń rozgrywających się za panowania tego monarchy. Widziała reformę Kościoła, zmieniające się wciąż plany króla, rozgrywki, które prowadził z Rzymem w sprawie rozwodu z Katarzyną Aragońską i żonglowanie angielską arystokracją, kiedy to w ciągu jednej minuty można było stać się zdrajcą, by za chwilę na powrót cieszyć się największym uznaniem.

„Klątwa Tudorów” to niezwykle ciekawa i barwna powieść, w której Gregory po raz kolejny pokazuje czytelnikowi wspaniałą angielską historię. Opisuje ją w niezwykle intrygujący sposób, sprawiając, że czytelnik nie może się oderwać od lektury. Każdy rozdział to świetnie przedstawiona panorama społeczno – obyczajowa, dokumentująca wydarzenia z okresu panowania Henryka VIII Tudora, z wyczuwalnym, acz subtelnym komentarzem. Powieść historyczna ma to do siebie, że bazuje na faktach, na określonej literaturze, ale autor zawsze doda od siebie trochę fikcji, a w przypadku Gregory ta fikcja wydaje się być niezwykle realna. Kiedy Małgorzata Pole opisuje swoje uczucia, emocje, myśli, które nią targają, to wydaje się jakby autorka weszła do głowy swojej bohaterki i wiedziała, co ona wtedy naprawdę myślała. Niezwykle plastyczne obrazy, które Gregory tworzy opisując ulice Londynu, trakty, budowle, komnaty, przedstawiając poszczególne wydarzenia, zarówno te mniej jak i bardziej znaczące, te prawdziwe i te fikcyjne, powodują, że czytelnik bez wysiłku wyobraża sobie każdą scenę, każdą postać. I choć dla mnie już zawsze Katarzyna Aragońska będzie miała twarz Marii Doyle Kennedy, która wystąpiła w tej roli w doskonałej produkcji „The Tudors”, to Gregory sprawiła, że przestała być dla mnie smutną królową. Dzięki poznaniu jej pierwszych lat życia na dworze Henryka VII, a potem męża Henryka VIII (nie, nie czytałam jeszcze „Wiecznej księżniczki”) kiedy wiodła życie beztroskie, szczęśliwe i jedyne czego pragnęła to być dobrą królową dla swoich poddanych, odczarowałam w mojej głowie obraz nieszczęśliwej królowej, którą potem się stała.

„Klątwa Tudorów” Philippy Gregory to kolejna doskonale napisana powieść, po którą warto sięgnąć i poznać historię Małgorzaty Pole i jej niełatwego życia w Anglii Henryka VIII.  Świetnie skonstruowana, bardzo dobrze oddająca realia tamtego okresu, napisana cudownym językiem i przede wszystkim wciągająca, intrygująca książka, od której nie można się oderwać. 



Zobacz również:
Gregory Philippa Władczyni rzek
Gregory Philippa Biała królowa
Gregory Philippa Czerwona królowa
Gregory Philippa Kobiety Wojny Dwu Róż
Gregory Philippa Dwie królowe
Gregory Philippa Kochanice króla
Ostatnio nadrabiam zaległości książkowe w trybie dokończyć wszystkie pozaczynane, a z różnych powodów nieskończone tytuły. I tak na razie udało mi się przeczytać cztery pozycje: "Nadzieje i marzenia", czyli długo wyczekiwana przeze mnie kontynuacja serii "Malownicze" Magdy Kordel, "Slow life" Joanny Glogazy, "Mówiąc inaczej" Pauliny Mikuły oraz "Minimalizm daje radość" Francine Jay.

Ten ostatni tytuł przeczytałam już dość dawno, ale nie przypominam sobie bym o nim coś więcej pisała, więc napiszę teraz. Przede wszystkim"Minimalizm daje radość" to książka inna nieco niż wszystkie znane mi pozycje o minimalizmie, czy ogólnie pojętym prostszym życiu. Autorka pokazuje jak bawić się minimalistycznym podejściem, jak czerpać z życia pełnymi garściami zyskując jednocześnie spokój wewnętrzny, niezagraconą przestrzeń i czas wolny. Nie używa mentorskiego tonu, nie pokazuje się jako wszystkowiedząca, wręcz przeciwnie, nie namawia, nie nakłania, po prostu pisze jak można zrobić to czy tamto, jak zabrać się za porządki, jak zacząć myśleć o minimalizmie. Oszczędza nam przy tym rad w stylu Marie Kondo, sugerując wprawdzie pewne sprawdzone chwyty, ale nie narzucając niczego. Bardzo przyjemna lektura, od której warto zacząć drogę do prostszego życia, ale wiele radości sprawi też tym, którzy zaczęli tę przygodę już dawno temu. Mnie się bardzo podobało.


"Nadzieje i marzenia" Magdy Kordel, ostatni tom cyklu "Malownicze" to książka, która dała mi wiele radości, ale też drobne rozczarowanie. Tym razem spotykamy dwie historie, tę współczesną i tę sprzed wielu, wielu lat. Opowieść o Madeleine nieco mnie rozczarowała, zwłaszcza jej początek, bo zakończenie spowodowało lekki niedosyt. Przepięknie opowiedziana została za to historia rozgrywająca się w połowie XIX wieku na terenach Polski pod zaborami. Widzę, że po "Tajemnicy bzów" autorka zasmakowała w historycznych wątkach, do tego okraszonych ludowymi podaniami, legendami, co razem dało fantastyczną całość. "Nadzieje i marzenia" warto przeczytać chociażby dla samego tego wątku.
 

"Slow life" Joanny Glogazy to przedłużenie jej poprzedniej książki "Slow fashion". Wyszło bardzo naturalnie i rzeczywiście jest to swego rodzaju przedłużenie, bo znajdziemy tu kontynuację wielu wątków. Joanna Glogaza, czyli Style Digger przeszła długą drogę od bycia blogerką modową, do stania się, przynajmniej dla mnie, jednym z symboli prostego życia. Już samo patrzenie na Asię powoduje, że na człowieka spływa jakiś wewnętrzny spokój. Mimo, że czytając jej bloga wielokrotnie można się było przekonać, że jest roztrzepaną i zabieganą osobą, to jednak zdjęcia przedstawiają radosną, spokojną kobietę, od której wręcz bije opanowanie. "Slow life" jest dla niej tak naturalne, jak dla większości z nas poranna kawa. Kilka dni temu przeczytałam raport o stanie polskiej blogosfery i tam Style Digger została zakwalifikowana do kategorii blogów modowych, którym zdecydowanie już nie jest. Widać to nie tylko w tekstach autorki, ale również w jej książkach. "Slow fashion" sięgał do blogowych korzeni i pokazywał drogę do spójnej, minimalistycznej szafy, która nie będzie krzyczała 'nie mam co na siebie włożyć'. "Slow life" to przejście poziom wyżej i wkroczenie na ścieżkę do spokojnego życia. Z wolnym czasem na spacery z psem, na spotkania z przyjaciółmi, a dokładniej z gronem znajomych, którzy rozumieją, że my też czasami chcemy odpocząć.

I na koniec "Mówiąc inaczej" Pauliny Mikuły. Uwielbiam jej program, sposób w jaki opowiada o zasadach języka polskiego. A pokochałam ją za rozmowę z profesorem Bralczykiem, którą poprowadziła wraz z Arleną Witt podczas ubiegłorocznego Blog Forum Gdańsk. "Mówiąc inaczej" to książka inna niż wszystkie. W bardzo przystępny, zgrabny sposób autorka prowadzi czytelnika przez zasady języka polskiego, mniej lub bardziej skomplikowane. Czasem jest zabawnie, śmiesznie, a czasem strasznie. Na koniec zaś Paulina serwuje czytelnikowi testy, w których można sprawdzić swoją wiedzę. Język polski nie musi być nudny, jego nauka nie musi być nudna, a warto mówić piękną polszczyzną. Książka - podręcznik dla każdego.
Będzie zwięźle, acz mam nadzieję treściwie. 

UWAGA - jeśli nie znacie poprzednich części, poniżej mogą być spoilery.

Łaskun jest świetną książką. Tak, lepszą niż Utopce. Tak, po raz kolejny Katarzyna Puzyńska pokazała na co ją stać. Poprzeczka idzie w górę i boję się tylko, czy w pewnym momencie nie poszybuje za wysoko. 800 stron wciągającej intrygi, zagadki na najwyższym poziomie (nie, nie zgadłam jak się sprawa rozwiąże, choć pojedyncze wątki potrafiłam rozwikłać), przy której nie sposób się nudzić. Całość doskonale przemyślana. Żadnych zbędnych wątków, ani jednego zbędnego słowa, co przy ośmiuset stronach jest dużym osiągnięciem. Przeniesienie Podgórskiego do komendy w Brodnicy dało świetne otwarcie nowej historii o policjantach z Lipowa. Obyczajowa strona książki dotycząca przede wszystkim Daniela i Emilii napisana wyśmienicie, z polotem, bez przynudzania. Widać, że Puzyńską pisanie, wymyślanie historii zwyczajnie cieszy, a co więcej przychodzi jej niesamowicie łatwo. Tak jakby po prostu siadała do komputera i pisała, a słowa same jej wychodziły spod palców. To się nazywa chyba talent. Albo może raczej dar. Nie każdy go ma, więc mam nadzieję, że Katarzyna Puzyńska napisze jeszcze wiele interesujących powieści, niekoniecznie o Lipowie. 

Ps. Mając u boku szalejącą dwulatkę, zdołałam przeczytać tę grubą książkę w dwa dni. Niech to świadczy o jej poziomie.
źródło: unsplash.com

Od jakiegoś czasu jestem mało aktywna na blogu. Wpisy pojawiają się rzadko, właściwie nie ma recenzji książek i muszę was zmartwić, ale tak już pozostanie. Przynajmniej w kwestii recenzji. Książki, moje ukochane książki, a raczej pisanie o nich zaczęło mnie nudzić. No ile można? Przecież nic nowego już nie napiszę o książce zrecenzowanej milion razy, inne formy recenzji które próbowałam również mnie nie satysfakcjonowały, mało tego od początku roku za jaką książkę się nie zabiorę, to trafiam jak kulą w płot i porzucam po kilku, kilkunastu, kilkudziesięciu stronach. „Ostatnia arystokratka” przełamała niemoc, ale takie pojedyncze recenzje to będą naprawdę wyjątki.

Nie mówię, że w ogóle rezygnuję z recenzowania, czasem pojawi się tekst o książce, która wybitnie mi się podobała, albo nie podobała, zaskoczyła, znudziła na tyle, że stwierdziłam, że warto o niej napisać. Ale tak jak wspomniałam będą to pojedyncze wpisy.

Idzie nowe.  Teksty będą bardziej zróżnicowane, pojawiać się będą nieregularnie, to znaczy czasem będą dzień po dniu, a czasem przez tydzień nie będzie nic. Daję sobie pełną dowolność. Będę pisać tak często jak będę miała pomysł na tekst i czas na jego napisanie. Będę pisać o wszystkim o czym będę miała ochotę, wszystko co mnie zaintryguje, albo zirytuje. Możecie spodziewać się absolutnie każdego tematu, od kultury, książek, seriali, filmów, przez przepisy kulinarne po dziecięce gadżety, bajki, meble. Blogiem parentingowym się nie stanę, ale lajfstajlowym jak najbardziej.

Co za tym wszystkim idzie, zniknie też nazwa Stulecie literatury. Niedługo pojawi się…, a tego jeszcze nie zdradzę, ale zamierzam stworzyć totalny misz masz tematyczny. Mam nadzieję, że mimo tak dużych zmian zostaniecie ze mną, chociażby po to, by zobaczyć jak sobie radzę w nowej roli.